Sloneczniki

Madrasapattinam (2010- Indie - tamilski)

Madrasapattinam (2010- Indie - tamilski)

18-11-2012
- miłość gubernatorównej i dhobi
Reżyseria: Vijay
Scenariusz: Mike Parish
Języki:tamilski, angielski
Zdjęcia: Nirav Shah
Tytuł: Miasto Chennai
Nagrody: 6 nominacji (za muzykę, reżyserię, film, rolę Aryi, męski playback Udit Narayan)
Premiera:2010
Ocena:

IMDb 7.1/10


 Angielka Amy  przeżywszy po śmierci męża udar,



w oczekiwaniu na operację decyduje się nagle, w odczuciu córki, pojechać do Indii. Towarzyszy jej w tej podróży w poszukiwaniu przeszłości wnuczka. Zbliżająca się do śmierci Amy zaczyna wspominać.




Sześćdziesiat lat temu, w  1947 roku, odwiedziwszy w Madrasie ojca,  gubernatora od 200 lat  okupowanych przez Brytyjczyków Indii, poznaje ona (Amy Jackson) wśród praczy



Indusa o imieniu  Parithi (Arya). Imponuje on jej odwagą, z jaką przeciwstawia się brytyjskiemu oficerowi. Dziewczyna zakochuje się w Parithi,



słynącym wśród swoich ze zwycięstw w zapasach.



Śle mu listy miłosne pisane na bieliźnie przeznaczonej do prania.



Mimo że Indie właśnie zbliżają się do odzyskania wolności, małżeństwo białej dziewczyny z biednym Indusem w oczach jej ojca wydaje się gorsze od śmierci.....

Lubię filmy kostiumowe. Czas zdominowania Indii przez Brytyjczyków jest tak dramatyczny, że wydaje się iż historia o tym powinna być sama w sobie samograjem, ale nie jest. Nie podobał mi się ten film. Na początku wydawało mi isię, że odtwarza nastrój tamtego czasu, że pokaże realistycznie ostatnie pół roku przed odzyskiwaniem władzy przez Indie, ale się rozczarowałam. Romans Angielki z Indusem jest godny pary z Kisny. Nie wzruszył mnie. Anglicy tak jednoznacznie wstrętni,



że aż nudni w tym źle.



Sceny nawiązujące do Titanica drażnią. Skojarzenia z Lagaanem też nie ratują filmu,





raczej smucą porównaniami.

Bohater prezentując  białej dziewczynie Indie


 operuje stereotypami: Indie to taniec kobry, błogosławieństwo słonia, dziewczynka idąca po linie, taniec marionetek, rzeźby w świątyni, rangoli malowane kolorową mąką na ziemi, milion bogów, ubóstwienie matki i braterstwo  hindusa i muzułmanina (głoszone w czas największych  rzezi między muzułmanami a hindusami). Nowym dla mnie okazuje się podkreślenie starożytności języka tamilskiego.

Niektóre obrazy zostają jednak w pamięci - widok pralni - kamiennych zbiorników, o które pracze uderzają mokrą bielizną,


dynamika piosenki, porównanie Chennai 2010 z Madrasem 1947  (a  w końcowych zdjęciach z 1910), tłumy świętujące  15 sierpnia wolność Indii, sceny zapasów,



odkładanie terminu ogłoszenia wolności Indii z powodu niemożności dogadania się miedzy Indusami: Jinnahem, Gandhim i Nehru, szyderstwo oddania Indiom wolności w formie łaskawego prezentu od Wielkiej Brytanii, nawiązania do kaźnionego przez Brytyjczyków Bhagata Singha, niemożność uwierzenia w to, że Subhas Chandra Bose nie żyje.
Niestety kiedy wolność Indii  jest już na wyciągnięcie ręki, 15 sierpnia 1947, twórcy filmu każą mi oglądać niekończące się bójki i uganianie się brytyjskich żołnierzy za białą dziewczyną i Indusem.




Arya wydawał mi się w tej roli dość przekonujący,



Amy Jackson - nie.

Co jeszcze? Zaciekawiła mnie karta identyfikacyjna wyborcy jako dowód tożsamości.

Niestety, nie polecam, zbyt wynudziłam się, szczególnie w drugiej połowie. Z czasów panowania brytyjskiego cenię Junoon, Lagaan, The Legend of Bhagat Singh, Gandhi, My Father i Mangal Pandey. Ktoś poleciłby coś jeszcze?